Przejdź do głównej zawartości

Posty

Warcaby

Jest feryjny, zimowy, przedpandemiczny wieczór. Zgromadziliśmy się przy drewnianym, podłużnym stole w jadalni naszej puszczańskiej „Gawry”. Na stole leży mój tablet z uruchomioną aplikacją warcabową. Ewidentnie, bez żadnego faworyzowania, wśród graczy dominuje Miłosz. M ój syn jest rozluźniony – rozgrywa kolejne partie ze mną, z moją siostrą i z moim ojcem. W rodzinnym kręgu czuje się „jak pączek w maśle”. Wcześniej byliśmy na Czarnym Groniu, gdzie wyjeździł się na nartach. Korzysta z dobrodziejstw czasu przewidzianego na przebywanie z ojcem. P andemia zmieniła te relacje. Bezpośredni kontakt między nami zastąpiłem częstymi rozmowami telefonicznymi. Jest to dla mnie ważne, żeby mieć wpływ na jego wychowanie. Szczególnie istotny pozostaje aspekt wiary – dlatego w ramach prezentu komunijnego (wraz z zapewnieniami, że będę się za niego modlił w następny szabat) otrzyma zdobione symbolicznymi rycinami Księgi Starego Testamentu (namiastkę Tory dla dzieci). M am taką nadzieję, że syn będ
Najnowsze posty

Żandarm w spódnicy

Pod koniec trzeciego roku studiów mieszkałem razem z siostrą w bloku z lat pięćdziesiątych przy ulicy Czerskiej w Warszawie. Był tam zamek w drzwiach wejściowych z zewnętrzną blokadą. Tak zostałem zamknięty przez Nią w dniu egzaminu u profesora Konstantego Adama Wojtaszczyka z prawa europejskiego. S iostra bardzo szybko wyratowała mnie z opresji. Zwolniła się z pracy i przyjechała taksówką pod mieszkanie. Byłem spokojny, że akcja uwolnienia mnie się uda. Na egzaminie, bez stresu, wyrecytowałem Profesorowi odpowiedzi. M oja siostra zawsze była bardzo zdyscyplinowana. Dziadek Leszek mówił na Nią: „żandarm w spódnicy”. Lubiła klarowne relacje międzyludzkie. Do swoich interlokutorów zwracała się raczej bezpośrednio. O statnio nasze relacje uległy osłabieniu. Chciałbym jednak zapewnić ją, że nie jest to efekt zamierzonej izolacji. Jestem pewien, że czas okaże się najlepszym lekarzem dla naszych wzajemnych „zadraśnięć”. O mawiamy parszę Naso, z której dowiadujemy się, że pozostając w niec

Odzieżowe El Dorado

Mam niezbyt foremną budowę ciała. Kiedy byłem szczuplejszy, również miałem problemy z zakupem ubrań. Było jednak miejsce na mapie naszego kraju, gdzie mogłem sobie dopasować odpowiednie spodnie, czy kurtkę – to Podbeskidzie.  K iedy wypoczywałem w Wielkiej Puszczy, często wybierałem się z Mamą na zakupy odzieżowe. Najczęściej jeździliśmy do Kęt, chociaż nie omijaliśmy również Andrychowa, Żywca i Bielska-Białej. S iedziałem w kabinie w przymierzalni. Mama przynosiła kolejne pary spodni. Trzeba było mieć cierpliwość, skoro trafnego zakupu dokonywało się po przymiarce ośmiu par. Pamiętam, że do kompletu jeansów dołączałem sobie t-shirt z nadrukiem. Później, po powrocie z wakacji, rówieśnicy pytali mnie, gdzie kupiłem „taką fajną koszulkę”. Mój zmysł estetyczny w połączeniu z „okiem” Mamy potrafił – w „pstrokatych” latach dziewięćdziesiątych – stworzyć całkiem schludne komplety ubrań. P o udanych zakupach szliśmy na lody do kawiarni. Jestem wdzięczny mojej Mamie za nasze wspólne, w

Przygoda z informatyką

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Dostępności. To dla mnie szczególny moment. Wiele czasu i energii poświęciłem na propagowanie tej idei w resorcie finansów i na forum publicznym. Nie zapominając, że komputer jest podstawowym narzędziem mojej pracy, nie mogę pominąć poświęcenia mojego ojca, który zadbał o to, by moje zainteresowanie informatyką było wszechstronne. R azem czytaliśmy „Bajtka” i „Młodego Technika”. Na pierwszym „komodorku” programowaliśmy razem w Basic’u. Do „Optimusa”, którego używałem w liceum skompletowaliśmy profesjonalny skaner „Agfy”. Gdy rozpoczynałem studia – dostałem niewielki laptop „ Compaq’a”. Tata rozumiał, że efektywność mojej pracy będzie zależeć w dużej mierze od posiadanego przeze mnie „warsztatu”. J ako student elektroniki programował dziurkując taśmy perforowane do polskich komputerów typu „Odra”. Później, gdy pisał pracę podyplomową, zaprowadził mnie do pracowni informatycznej na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Miałem wtedy osiem lat. Studen

Babcia Irena

Lubiłem spędzać z nią wolny czas. Rozpieszczała mnie wyjątkowo. Zawsze kupowała mi to, o co ją poprosiłem. Kiedy rodzice potrzebowali trochę czasu na „małżeńskie ustalenia”,  babcia Irena przygarniała mnie do siebie na wojskową grochówkę albo ruskie pierogi. O na czytała mi z piękną intonacją wiersz Tuwima o Warszawie. Ona prenumerowała dla mnie w pobliskim kiosku: „Misia”, „Płomyczka”, „Świerszczyka”, „Ja, Ty, My”, „Świat Młodych”. Ona chodziła ze mną na ptysie i eklerki do kawiarni. Dzięki niej lata osiemdziesiąte nie były dla mnie tak bardzo szare. U niej psociłem bezkarnie – rozkręcając lampowy, radziecki telewizor, czy wyrzucając przez okno klucz od pokoju. Lubiłem podczas poobiedniego odpoczynku oglądać „rubensowskie” obrazy u dziadków w sypialni. K iedy zaczynałem naukę w pierwszej klasie podstawówki, dziadkowie kupili mi pierwszy garnitur i umówili sesję u fotografa. Myślę, że traktowali  ten moment jako rodzaj świeckiej bar micwy. B abcia Irena bardzo lubiła śledzić przeb

Wyprawa po galicyjski chleb

Góry mają swoje piękno, stanowczość, charakter. My, Żydzi, wierzymy, że na Synaju Haszem upodmiotowił każdego człowieka – zadając nam w Dekalogu wykonywanie praw spisanych w formie norm uniwersalnych i wzmocnił naszą antropogenezę poprzez tożsamościowy zapis Tory.  W góry wyruszamy często w poszukiwaniu egzystencjalnych odpowiedzi dotyczących nas samych i naszego miejsca w otaczającym świecie. Tak było właśnie z nami – trzema przyjaciółmi w maju 2001 roku. Byliśmy studentami pierwszego roku. Mateusz i Krzysiek studiowali na Uniwersytecie Śląskim. Przyjechaliśmy „do Puszczy” wieczorem. Siedzieliśmy na tarasie delektując się wiosennym widokiem na dolinkę i planowaliśmy niedzielną wyprawę pętelką przez łańcuszek wzniesień Beskidu Małego. N astępnego dnia wstaliśmy wcześnie rano i wyruszyliśmy w góry. Leśną drogą dotarliśmy do przełęczy Kocierskiej a stamtąd „beskidzką obwodnicą” szliśmy w kierunku Kiczery i Żaru. Na polanie położonej na górze Żar usiedliśmy na trawie. Oglądaliśmy start

Puszczańskie lody

Jest niedzielne popołudnie. W naszym domku w Wielkiej Puszczy trwają rodzinne przygotowania do podwieczorku. D ziadek Edek z dziadkiem Leszkiem przesuwają duży, ogrodowy parasol i białe, plastikowe meble w stronę starej, rozłożystej czereśni, która w połowie maja jest ozdobiona piękną, kwiecistą sukienką. B abcia Zonia „dryguje” całą ekipą opalając się na leżaku. Jej posiwiałe loki wystają spod białej czapki z wyblakłym logotypem Totalizatora Sportowego. Co chwilę słychać radosne, wileńskie pokrzykiwania: „A, wy hultaje!”. D ziadek Leszek doskonale sprawdzał się w roli intendenta. Co piątek przywoził mnie w góry wraz z całym prowiantem. Samochód zostawiał na placu przed „nowym domem” naszej gospodyni. Potem przez kilometr na swoich barkach wnosił cały prowiant dla dziadków, którzy spędzali tam czas od kwietnia do października. T ym razem w drodze „do Puszczy” zatrzymaliśmy się przed lodziarnią w Kętach, gdzie do termosu kupiliśmy familijny zapas lodów. Na szczęście nie było korków